Na pustyni Wadi Rum

Wadi Rum to ponoć najpiękniejsza pustynia świata. Tego nie wiem, ale zachwycić się nią można z pewnością. Zachwyciliśmy się przez te dwa dni i trzy noce, które tu spędziliśmy. Tymi krajobrazami jak z Marsa, tymi przestrzeniami, tą szaloną całkiem geologią, niespodziewanymi śladami przeszłości w postaci naskalnych inskrypcji, a przede wszystkim tymi twardymi ludźmi już tęskniącymi za tym, jak było kiedyś… Przejechaliśmy dżipem z miejscowym Beduinem kawał pustyni podziwiając co wyprawia tutejsza przyroda i słuchając jego opowieści przeplatanych żartami… Masallah, Tysyr

Do Wadi Rum, czyli wioski będącej tutejszym centrum turystycznym docieramy późnym wieczorem. Przyjechaliśmy tu taksówką prosto z plaży koło Akaby (za 30 JOD), z planem zrobienia biwaku gdzieś na pustyni, za wioską. Najpierw postój przy Visitor Center – wysiadamy i idziemy do środka pokazać nasze Jordan Pass’y. Straż rezerwatowa zwana tu turystyczną policją wpisuje nas do swojej księgi. Notują też, jaki camp mamy zarezerwowany. Po wcześniejszych doświadczeniach z jordańskimi służbami mundurowymi wolimy się nie chwalić, że chcemy biwakować na pustyni „na dziko” w swoich namiotach. Podajemy więc nazwę campu, w którym mamy zarezerwowane 2 noclegi, tyle, że dopiero od kolejnego dnia. Ale o daty nikt nas nie pyta. Taksówka podwozi nas 5 km dalej, do początku wioski. Wysiadamy koło Wadi Rum Rest House i chcemy od razu skręcić w pierwszą boczną drogę i zniknąć w dolince między skałami. Ha, ha… jasne… Przecież to jeden z najbardziej turystycznych punktów na mapie Jordanii!
– Macie zarezerwowany nocleg? – już otacza nas grupa miejscowych.
– Taaak, oczywiście. Mamy – nie przygotowaliśmy się za bardzo do tych rozmów. Zaczyna się:
– W jakim campie macie rezerwację?
– Nie znacie nazwy campu?
– Nikt po was nie przyjechał?
– Gdzie was podwieźć? – pytania stają się coraz bardziej natarczywe. Na nic nasze próby ignorowania, nagłej głuchoty, czy udawania, że nie rozumiemy.
– Nigdzie nie chcemy jechać, jesteśmy umówieni – staramy się szybko oddalić z tego miejsca, ale drogę zajeżdża nam terenowy samochód, z którego szoferki wychyla się Beduin – kolejny chętny, aby nas gdzieś podwieźć.
– Jesteśmy umówieni, nie chcemy nigdzie jechać! – wykrzykuję nie czekając, aż się odezwie.
– Ok, a czy wy macie rezerwację w Um Sabatah Camp?
– No, tak… – odpowiadam z wahaniem i myślę: Skąd on to może wiedzieć?
– Jestem kuzynem Salema – A, to właściciel naszego campu, z którym korespondowałam przez WhatsAppa. No cóż, wyjaśniamy co i jak.
– Tak, mamy tam rezerwację, ale przyjechaliśmy wcześniej bo chcemy spędzić sami jedną noc na pustyni. To jakiś problem?
– Nie, ok. Możecie tak zrobić. – Uff – A więc spotkamy się jutro w domu Salema w wiosce, tak jak to było umówione.
– Pasuje. – Nareszcie sytuacja się wyjaśniła. Miejscowi naganiacze dali nam spokój, wiemy, że nie ma zakazu biwakowania na pustyni. Ruszamy więc za wioskę mając nadzieję, że nikt nas już nie będzie niepokoił.
Tak też było. Kilkanaście minut wędrówki między potężnymi ścianami skalnymi i możemy wybierać dowolną miejscówkę. Właśnie o to chodziło. Światła wioski zastępują tysiące gwiazd, u podnóża skał stają nasze dwa namioty, szumi palnik wtórując pustynnemu wiatrowi. Gorąca herbata dopełnia naszą radość.

Po zimnej nocy wstaje piękny dzień. Najpierw kierujemy się do ruin nabatejskiej świątyni bogini Allat datowanej na I w p.n.e. Świątynia znajduje się dosłownie 5 minut od miejsca naszego biwaku. Jesteśmy tu zupełnie sami, a miejsce tchnie niesamowitą atmosferą. To jeden ze śladów potężnego królestwa, które powstało na tych terenach w III wieku p.n.e. Obok świątyni są też ruiny pałacu i najstarszych w Jordanii łaźni. Nieźle zachowane ruiny odkryto w pustynnych piaskach dopiero w latach trzydziestych ubiegłego wieku, ale świątynia szczęścia nie miała. Trzęsienie ziemi w 1995 roku poczyniło poważne zniszczenia. Tuż obok znajduję kamienne kręgi – co to jest?
Wokół wznoszą się potężne skalne mury masywu Jabal Rum. Ten „nasz” wąwóz to kapitalne tereny wspinaczkowe.

Ruszamy dalej – przed spotkaniem z Salemem w wiosce chcemy jeszcze dojść do naskalnych petroglifów w okolicy źródła Lawrence’a. Właściwego źródła, a nie tego, które odwiedzane jest przez masowe wycieczki ze względu na lepszy dojazd i wygodniejsze dojście. To ponoć tutaj Lawrence i Faisal poili swoje wielbłądy przed kluczowym atakiem na fort Akaba podczas arabskiej rewolty.
To największe źródło na Wadi Rum nosi arabską nazwę Al Shallaleh. Woda wypływa spomiędzy warstw piaskowca i granitu i umożliwia życie tutejszym koczownikom od tysięcy lat. Być może także Mojżesz i jego trzoda zawdzięczają mu przetrwanie przez 40 lat „na pustyni”. Woda pochodzi z okazjonalnej wilgoci, którą wiatr przywiewa znad Morza Śródziemnego.
Źródło jest jakieś 100 m ponad dnem doliny, a my nie idziemy główną ścieżką, tylko kozimi i pasterskimi śladami. Czasami tropy giną, szukamy przejścia i nagle odkrywamy starożytny nabatejski akwedukt. No tak, Nabatejczycy byli twórcami sprawnie działających systemów wodnych. Akwedukty i zbiorniki na wodę zbudowali w wielu miejscach na Wadi Rum. To umożliwiało przemieszczanie się karawan na ważnych szlakach do Petry, na Daleki Wschód czy do Afryki. Idziemy wzdłuż akweduktu i wkrótce docieramy na miejsce. Jest! Ze źródła płynie idealna woda, a inskrypcje na okolicznych skałach „opowiadają” o zamierzchłych czasach.
Biwak w takich okolicznościach… kiedyś:-)

Tymczasem ruszamy w stronę wioski. Rozglądamy się jak wygląda ta największa „metropolia” na Wadi Rum. Skromne domy i małe sklepiki z dużymi cenami. Owce, kozy i wielbłądy chodzące po uliczkach i śpiące pod płotami. Dzieciaki w mundurkach moro, które właśnie biegną do sklepiku naprzeciwko szkoły po swoje ulubione przekąski – zupki chińskie.

Bez problemu odnajdujemy dom naszego przewodnika. Przy powitalnej herbatce poznajemy rodzinę Salema, a potem razem z dwójką Holendrów ładujemy się na dżipa i jedziemy do campu. To ok 14 km. Po drodze mijamy kilkanaście obozów beduińskich przygotowanych z myślą o turystach. Są podobne do siebie – wełniane charakterystyczne namioty, kilka pomieszczeń gospodarczych – kuchnia, wspólna świetlica, łazienki (ciepły prysznic, bieżąca woda, czyste ubikacje – jesteśmy pod wrażeniem). Im dalej od wioski, tym obozów mniej. „Nasz” camp – Um Sabatah jest malowniczo położony pomiędzy skałami, które są świetnym miejscem do obserwacji wschodów i zachodów słońca.

Zostawiamy bagaże i ruszamy na kilkugodzinną pieszą wycieczkę po okolicy. Okrążamy górskie pasmo Jabal Um al Muqawwar. Wędrówka polega na kilkugodzinnym zachwycie. Lata erozji uformowały czerwone i pomarańczowe ostańce w wieże, stożki, półki, wąskie kaniony i wiszące mosty. Wiatr pokrył potężne ściany misternymi rzeźbami, których nie powstydziłby się najlepszy artysta. Najwyższe skały wyrastające z kolorowych piasków sięgają ponad 1700 m n.p.m. Jesteśmy tu sami – nic nas nie rozprasza podczas tego spektaklu. Wrażeń dostarcza każde spojrzenie, każdy krok… Wąwozy, jaskinie, ostańce, rozległe panoramy, wydmy, trochę wspinaczki, wiatr, słońce, kolory i cienie… Do campu wracamy chwilę przed zmrokiem – wciąż nam mało, więc wspinamy się na pierwszą skałę tuż obok obozu i w ciszy przeżywamy nadejście wieczoru….

Po zachodzie słońca szybko robi się zimno. Jak na pustyni 🙂 Obozowy kucharz przygotowuje ucztę. Obserwujemy działanie podziemnego beduińskiego pieca, w którym przygotowuje się potrawę zwaną zarb.
Zarb to pieczone kawałki mięsa (najczęściej kurczaka, rzadziej baraniny lub koziny), ziemniaków i warzyw (marchew, cebula, bakłażany, cukinia). Zarb piecze się w wykopanym w ziemi dole, na którego dnie rozpala się ogień. Gdy płomienie ustaną i utworzy się żar, do dołu wkłada się specjalny rodzaj grilla z kilkoma półeczkami wypełnionymi składnikami. Dół ściśle przykrywa się odpowiednią pokrywą, kocem i zasypuje warstwą piasku. Po około 1,5-3 godzinach (w zależności od użytego mięsa) całość wyjmuje się na powierzchnię i serwuje wraz z ryżem. Pyszne! Do tego przystawki, pasty, hummus, potrawka z fasoli, pieczywo. Wszystko świeże i pyszne. Pozdrowienia dla kucharza!

Po kolacji w namiotowej świetlicy trwają rozmowy, beduińskie opowieści, śpiewy, gra na tradycyjnych instrumentach i tańce. Ud (oud) zwany też arabską lutnią w rękach Tysyra sprawia, że zakochujemy się w tej muzyce. Szukamy więcej podobnych dźwięków już po powrocie do Polski. I polecamy zespół FARAN.
Gdy opuszczamy świetlicę tuż na wyciągnięcie rąk mamy gwiazd miliardy… I perspektywę kolejnego ciekawego dnia na Wadi Rum.

Czas na całodniową wycieczkę dżipem do najciekawszych tutejszych atrakcji. To standardowy trip, na który ruszają wszyscy turyści odwiedzający Wadi Rum. Każdy beduiński turystyczny camp organizuje takie atrakcje. Trzeba przyznać, że tutejsi Beduini są bardzo elastyczni – wydaje się, że nie ma dla nich żadnych problemów. I tajemnic. Udaje im się przy tym zachować tradycje nie robiąc z nich jakiejś wielkiej „cepeliady”. A przede wszystkim potrafią pokazać swą miłość i szacunek do pustyni, do tutejszej natury. W miarę dobrze dostosowują się do życia w nowych warunkach, choć nie ukrywają tęsknoty za tym, co już pewnie nie wróci. Oczywiście dotyczy to tych, którzy są właścicielami terenów najbardziej atrakcyjnych turystycznie…
Ruszamy. Zdjęcia przedstawiają kolejno odwiedzane miejsca. Ale żadne z nich nie oddaje w pełni tego piękna i naszych emocji. Ten dzień to prawdziwa bomba pozytywnych doznań!

Wadi Rum to także największa dolina w Jordanii, tu jest najwyższy szczyt tego państwa (Dżabal Umm ad Dami), to obszar wpisany na listę UNESCO – obfituje w przyrodnicze atrakcje, które byłyby w stanie zapełnić plan dużo dłuższej wycieczki.
To miejsce wyjątkowe i nieziemskie – nieprzypadkowo stało się terenem akcji niejednego filmu z „Marsjaninem”, „Prometeuszem” czy „Gwiezdnymi Wojnami” na czele. A zarazem bardziej ziemskie już być nie może – szczególnie gdy wiatr urywa głowy i przenika na wylot, gdy pył i piasek wdzierają się do oczu i ust czy przesypują między palcami stóp, gdy chropowata skała daje oparcie podczas wspinaczki, gdy gwiazdy wydają się być na wyciągnięcie dłoni. A do tego dźwięki ud’u przyprawione smakiem beduińskiej herbaty…,
Wadi Rum, mimo sporych ilości turystów daje wyobrażenie prawdziwej pustyni. I zasiewa myśl, żeby tu jeszcze wrócić…

czytaj dalej

INFO:

wstęp: – objęty kartą Jordan Pass; bez karty bilet 5 JOD.
Bilet jest ważny na cały pobyt na pustyni bez względu na jego długość. Zdarza się, że bilet wstępu wliczony już jest w cenę organizowanej wycieczki, ale o to trzeba dopytać podczas rezerwacji.

wjazd własnym samochodem – 20 JOD za cały samochód; przepisy mówią, że wymagany jest miejscowy kierowca – przewodnik (ale widzieliśmy turystów, którzy wjechali wypożyczonymi autami terenowymi bez tutejszych kierowców)

pobyt na Wadi Rum w campach beduińskichnajlepiej rezerwować przez booking.com lub bezpośrednio (powszechny kontakt przy pomocy WhatsAppa). Często na internetowych stronach typu fora podróżnicze, grupy facebookowe turyści polecają konkretne campy. Warto korzystać z tych informacji na bieżąco, bo warunki i ceny często się zmieniają.
My byliśmy w Um Sabatah Camp z polecenia znajomych. Po sprawdzeniu na bookingu, ceny tego campu okazały się najniższe, warunki nie odbiegały od innych campów, czysto, prysznic z ciepłą wodą, wyżywienie świetne, kontakt przez WhatsAppa bardzo dobry, szczegóły dogadane wcześniej. Na miejscu było jeszcze lepiej niż się spodziewaliśmy.

wycieczki po Wadi Rum:

piesze – można z przewodnikiem, można samemu (warto zadbać o dobrą nawigację offline)

dżipami – najbardziej popularne, bardzo ciekawe; ceny zależą od długości (3-8 godzin), ilości osób (warto umówić się wcześniej z innymi chętnymi), programu (podstawowe punkty są podobne w większości wycieczek) – cenę najlepiej uzgodnić wcześniej (najlepiej na piśmie i mieć przy sobie te uzgodnienia w wersji offline, bo czasem zdarzają się „nieścisłości”)
my za całodniową wycieczkę z lunchem płaciliśmy po 30 JOD od osoby (przy grupie 5-osobowej)

na wielbłądach – zasady podobne jak w wriancie dżipami – wszystko zależy od długości, ilości osób, programu

wspinaczkowe – nieskończone możliwości wspinania, możliwość wypożyczenia sprzętu i przewodnika na miejscu

dojazd do wioski Wadi Rum
z Akaby taksówką: 20 JOD, z plaży południowej koło Akaby: 30 JOD
z Akaby minibusem: bilet 3 JOD za osobę
z Akaby autobusem JETT: bilet 12 JOD (nie opłaca się)

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments