Zatar (zahtar) – arabska przyprawa

To przyprawa, bez której nie istnieje arabska kuchnia. Libańczycy nie wyobrażają sobie początku dnia bez pieczywa manoush z zatarem. Ale i sąsiedzi zataru nie unikają – Maroko, Egipt, Izrael, Turcja, Iran czy Armenia – tam też unosi się charakterystyczny zapach zataru.


SKŁADNIKI

  • 2 łyżki zmielonego sumaku
  • 1/2 szklanki uprażonego białego sezamu
  • łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki majeranku
  • 2 łyżeczki tymianku
  • 2 łyżeczki bazylii
  • 2 łyżeczki cząbru
  • 2 łyżeczki oregano
  • 2 łyżeczki hyzopu


PRZYGOTOWANIE


Wszystkie wymienione zioła powinny być suszone. Nie panikujcie, nie potrzebujecie wszystkich składników żeby przygotować zatar. Najważniejsze są sumak, sezam i sól. Z pozostałych składników wystarczy wybrać 3. Ja lubię tymianek, majeranek i bazylię. Ale można eksperymentować dodając ulubione, albo po prostu takie, jakie akurat macie.

Zioła trzeba zmielić grubo, albo, lepiej, rozetrzeć w moździerzu.
Po uprażeniu sezamu na patelni i rozgnieceniu nasion sumaka, mieszamy wszystkie dostępne składniki i mamy gotową przyprawę. Przechowujemy w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Manoush, czyli libański chleb z zatarem

Libańczycy już od wczesnego ranka pędzą do najbliższej piekarni. Mogliby to robić z zamkniętymi oczami, kierując się tylko zapachem. Zapachem świeżego chleba, przez który przebija się silny aromat zataru.

SKŁADNIKI

  • 320g mąki pszennej (2 szklanki)
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki suszonych drożdży (lub 15 g świeżych)
  • 1/2 szklanki ciepłej wody lub mleka
  • 1 łyżeczka cukru
  • 4 czubate łyżki jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka oliwy
  • do posmarowania chlebków: 4 łyżki (1/4 szklanki) zataru i 1/4 szklanki oliwy

WYKONANIE:

Wymieszać mąkę, sól, drożdże, cukier, łyżkę oliwy, wodę i jogurt. Wyrabiać ręcznie ciasto, ok 10 minut, aż będzie gładkie. Wodę i jogurt dodawać stopniowo. Jeżeli ciasto będzie zbyt wilgotne podsypać mąką, jeżeli zbyt suche – dodać trochę wody.

Wyrobione ciasto przełożyć do naoliwionej miski i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok 1 godzinę.
Piekarnik nagrzać do najwyższej temperatury – 250 st.C.

W miseczce wymieszać zatar z oliwą.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 części. Pierwszy kawałek rozwałkować na posypanej mąką desce na cienki placek, grubości ok 4-6 mm i o średnicy ok 25 cm. Posmarować połową oliwy wymieszanej z za’atarem, wsunąć do piekarnika na ok 8 – 10 minut. W międzyczasie przygotować do pieczenia drugi chlebek.

Ja lubię też mniejsze chlebki – dzielę wtedy ciasto na 7-9 części, z których formuję kulki i rozwałkowuję. Smacznego!

Empanady – pierożki Ameryki Południowej

Kto nie lubi pierogów? Każdy kraj ma swoje tradycyjne ich wersje. W  Ameryce Środkowej i Południowej królują empanady.

W naszej podróży przez Chile to właśnie empanady ratowały nas przed niechybną utratą wagi. Zaczęliśmy je poznawać już parę chwil po wylądowaniu na wiejskim lotnisku, w Balmacedzie.  Pierwszy przydrożny malutki sklepik, a w nim… polska wódka i domowej produkcji empanady. Już wiemy, że będzie dobrze 😉

Kontynuuj czytanie

Koniec świata

Tak tu krzyczą zewsząd informacje, tablice, witryny sklepów. Fin del mundo. End of the world.
Dojechałam do końca…
Dojechałam do Ushuaia.
Jak to, koniec? Ostatniego dnia jazdy zwalniam, przystaję, jakoś mi nie spieszno, żeby osiągnąć cel, do którego zamierzałam tyle czasu… Liczyłam kilometry, dni i nagle koniec?

No to może jeszcze kawałek dalej, za Ushuaia. Ale droga kończy się po 20 kilometrach. Dalej na południe rowerem już nie pojadę…
A może piechotą? Idę. Niedługo i stop. Dalej przejścia nie ma. Rezerwat ścisły. No tak, to Park Narodowy Tierra del Fuego.

Zostaje tylko droga wodna.  Kanał Beagle, odkryty podczas ekspedycji, której uczestnikiem był Karol Darwin, to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam podczas tego wyjazdu…

Kontynuuj czytanie

Jazda przez Ziemię Ognistą

Porvenir to malutkie miasteczko będące stolicą chilijskiego regionu Terra del Fuego, czyli Ziemi Ognistej. Po hiszpańsku Porvenir znaczy „przyszłość”. Szczerze, to nie wygląda zbyt przyszłościowo. Miasteczko zaskakuje swym oddaleniem. I spokojem. I wrażeniem, że jest na końcu świata. A tymczasem do końca jeszcze wciąż daleko. Spokój też chyba pozorny, bo znajduje się tu więzienie o zaostrzonym rygorze, stacjonuje pułk armii chilijskiej, a nawet panują jakieś resztki „gorączki złota”, która nieco bardziej gorąca była w XIX wieku, a dziś przetrwała jako komercyjna niewielka eksploatacja złotonośnych pokładów w okolicy.

Samej osadzie bliżej do Europy, niż innym rejonom Chile, bo mieszkają tu głównie potomkowie chorwackich osadników. Dziś hodują owce i łowią ryby, choć w dostępie do osady przeszkadza duża ilość wraków na wejściu do portowej zatoki.

Kontynuuj czytanie

Punta Arenas i Cieśnina Magellana

Cieśnina Magellana. Dwa słowa. Morska bryza na pozbawionej ludzi plaży. Kormorany królewskie nad głową. Fale, na których unoszą mnie wybuchy nie opanowanej euforii…

Bo przecież będąc dzieckiem, nawet w najdziwniejszych fantazjach nie wpadłam na to, że kiedyś, w odległej przyszłości będę kąpać się w tym legendarnym miejscu. Ożyli bohaterowie zaczytywanych w szkolnych czasach książek, a przemierzane palcem po mapie trasy bohaterskich podróżników, żeglarzy, odkrywców nagle pojawiły się na wyciągnięcie dłoni.

Kontynuuj czytanie

Trekkingowo w Torres del Paine

Za nami prawie miesiąc podróży rowerowej. Dotarliśmy do Puerto Natales, a więc czas na kolejny punkt programu. Zamieniamy rowery i sakwy na buty trekkingowe i plecaki.
Torres del Paine, jeden z najbardziej znanych chilijskich górskich parków narodowych, wpisany na listę rezerwatów biosfery UNESCO leży na terenie andyjskiego pasma Cordillera del Paine. Spenetrowaliśmy go dość dokładnie podczas pięciu pełnych wrażeń dni wędrówki w otoczeniu bajecznych krajobrazów i ciekawej przyrody.

Kontynuuj czytanie

Pampa i wiatr

Droga z El Chalten do El Calafate przyniosła zdecydowane ułatwienie w postaci asfaltu. Ale żeby nie było zbyt nudno, znaleźliśmy specjalny odcinek wymagającego terenu, a wiatr znalazł nas sam… Taki właśnie prawdziwie patagoński, jak sobie wyobrażałam, że będzie. I był.
Choć pewnie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, to pamiętamy każdy kilometr, gdy przyszło nam jechać wbrew niemu… Droga do El Calafate wydawała się nie mieć końca. Ostatni odcinek 30 kilometrów jechaliśmy (jeśli to jazdą można nazwać) 5 godzin!

Kontynuuj czytanie